… czyli o tym, że wcale nie mam schizofrenii
Katarzyna uważa, że jest dość dojrzała by być traktowana na równi z dorosłymi, ale w żadnym wypadku nie chce być jedną z nich. Kasia czuje się swobodnie wśród przyjaciół i uwielbia spędzać z nimi czas, ale w obecności innych ludzi staje się okropnie nieśmiała. Kasiorek uwielbia być chwalony przez rodziców i wolałby zostać weekend w domu, zamiast wypadu ze znajomymi. Katharija najczęściej musi użerać się z Wenem i konsekwencjami posiadania go. Gdy mam szczęście pojawia się Katarzyna-z-nazwiskiem, która z uśmiechem opowiada o swoich zaletach w czasie przesłuchania o pracę, i która uwielbia sprawiać wrażenie kompetentnej i chętnej do pomocy. Jest jeszcze Kaśka, mała zołza, której-imienia-nie-wolno-wymawiać, bo reszta jej nie cierpi, w końcu ile można wytrzymać z kimś, kto ma wieczny zespół napięcia przedmiesiączkowego. No i jest jeszcze Kati. Kati na przeciągu lat swych nastoletnich przeszła głęboką wewnętrzną przemianę. Na początku wydawało się jej, że udaje kogoś kim nie jest, co coraz bardziej działało jej na nerwy, aż do kompletnego odrzucenia tego imienia. Ale ludzie się zmieniają i w końcu Kati uznała, że nie ma się czym przejmować i założyła bloga, na którym jesteś. Co jak wszystkie mamy nadzieję wyjdzie jej na dobre.
Wesołego poniedziałku,
K.
PS Naprawdę nie mam rozdwojenia jaźni, w każdym razie nie większe niż
zakłada norma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz